Jednorożec

Jakiś czas temu przyszła do mnie taka oto historia:

Było dwóch bliźniaków, małych chłopców. Pesymista i optymista. Pewien psycholog, korzystając z okazji, wziął obu na testy. Pesymistę zamknął w pokoju pełnym zabawek, a optymistę w oborze pełnej końskiego łajna i dał szypę. Po godzinie sprawdził, że pesymista płacze, bez względu na okoliczności. Optymista w tym czasie zaczął  przerzucać z radością końskie odchody. Psycholog zapytał się o powód jego dobrego humoru. A ten odparł: „Skoro jest tu tyle łajna, to musi przecież gdzieś być i kucyk!”


Doszło do mnie w ostatnim czasie, że i ja przerzucałem w swojej oborze z radością końskie łajno. Robiłem to tak długo, że zapomniałem już w ogóle o kucyku. Sprzątałem bez opamiętania i znalazłem w tym wartość samą w sobie. Byłem więc zaskoczony, kiedy pewnego dnia przyszedł do mnie nie kucyk, ale prawdziwy Jednorożec. Majestatyczny i dostojny, a jego piękno i wdzięk zaparły mi dech w piersi. W myślach wyobraziłem sobie wszystkie nasze wspaniałe przejażdżki, tarzanie się w sianie i spacery po łące o zachodzie słońca. Z otwartymi ramionami zacząłem iść w kierunku magicznego stworzenia, ono jednak na mój widok spłoszone uciekło. Tak długo robiłem porządki na własnym podwórku, że zapomniałem jak bardzo sam stałem się brudny i oblepiony nieczystościami. Pod maską kurzu i potu zwierzę nie było w stanie dostrzec mojego prawdziwego oblicza. Odeszło na zawsze. Najpierw poczułem niedowierzanie, potem smutek, na końcu nawet rozpacz. A potem przeprowadziłem na tę okazję życiowy bilans zysków i strat. Zacząłem od tego, ile razy udało mi się naprawdę kogoś skrzywdzić, nie mogąc dostrzec jego prawdziwej wartości. I jest to niezmiernie długa lista osób. Myślę, że właściwie udało mi się wyrządzić krzywdę na pewnych etapach życia wszystkim osobom, które były dla mnie ważne. Ocenić, potraktować niesprawiedliwie, osadzić w ramy swoich poglądów i przekonań oraz poprzednich doświadczeń. Zacząłem więc myśleć, że to dobrze, że i mnie ktoś źle ocenił, choć bardzo się starałem. Bo to wyrównuje moje rachunki na drodze życia niczym ogromny walec, za kierownicą którego siedzi Pan Bóg, Bogini czy też Ślepy Los. W zależności do czego jest ci bardziej po drodze. Ale to jest droga biczowania się, a ja chodziłem nią zbyt często. Tak często, że postanowiłem znaleźć nowe rozwiązanie na swój podły nastrój zawodu.

Życiowy bilans zysków i strat to przecież także dary. Bezcenne wskazówki, które otrzymaliśmy od innych, kiedy błądziliśmy. Chwile czułości, które przyszły do nas, kiedy czuliśmy się niekochani przez nikogo. Ludzie, którzy pojawiali się, by nas podźwignąć, kiedy naprawdę trudno było iść. Pretensjonalne pytania do Boga: „Co dalej?”, które zawsze spotykały się z odpowiedzią, kiedy tylko chciało mi się dość wytężyć słuch. Słowa „wszystko będzie dobrze”, kiedy absolutnie wszystko było źle. I słowa te absolutnie zawsze okazywały się prawdą, nawet kiedy nie chciałem ich słuchać. Największy problem po czasie zawsze stawał się jedynie ciekawą historią, czasami przypowieścią z dobrym morałem, anegdotą. I poczułem nagle, że moje życie było ogromnym darem, że jestem bogaty w ludzi i przeżycia, i że na tej piaskownicy istnienia, którą dostałem do dyspozycji, nigdy nie udało mi się wpaść w takie kłopoty, z których nie udałoby mi się wykaraskać. I że tak naprawdę Jednorożec nie może mi niczego zabrać odchodząc. Ani dobrego nastroju, ani wiary w siebie. Bo to mogę uczynić sobie jedynie ja sam.

Zacząłem więc przypatrywać się rzeczom, które sobie podarowałem, a których nikt mi nie będzie nigdy w stanie odebrać. Przeczytałem kiedyś artykuł o tym, że materia potrzebuje obserwatora, żeby istnieć. Dalej jego autor wysnuł opinię, że my ludzie, jesteśmy potrzebni wszechświatowi, żeby mógł on w ogóle trwać, bo wciąż spoglądamy w niebo i dzięki temu wszelkie istnienie nie ulega całkowitej entropii. I spodobała mi się ta idea. Kiedy zbyt długo nie mogę zasnąć, gram ze światem w grę. Wsiadam w środku nocy w samochód i jadę przed siebie długo bez celu. W końcu docieram do jakiejś małej wsi, miejscowości. Chodzę wtedy po pustych ulicach i patrzę się w okna uśpionych domów i mieszkań, rozmyślając o ludziach, którzy tam mieszkają i fantazjuję na temat tego kim są i czym się zajmują na co dzień. Wyobrażam sobie wtedy, że kiedy wszyscy prócz mnie śpią, czuwam nad tym, aby ich ciała, łóżka i domy nie uległy całkowitej dezintegracji i żeby mogli spokojnie rano iść do pracy, wyspani. Bo ja jestem i doglądam ich świata. I choć to pewnie najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek udało mi się wymyślić, zabawa w nią sprawia mi masę radości i nadaje jakiś mistyczny sens czasowi, który spędzam sam w środku nocy.

Kiedy myślę o tym co kocham najbardziej, to myślę o czasie kiedy zimą rozbijam lód na jeziorze grubą gałęzią, a potem nurkuję w zimną wodę. W końcu wyskakuję i krzyczę niecenzuralne słowa na cały las okalający jezioro i biegam nago po dzikiej plaży, starając się rozgrzać. Następnie piję gorącą herbatę z termosu i na koniec przytulam się do jakiegoś drzewa, życząc mu, żeby cierpliwie znosiło czas, kiedy ludzie znowu przyniosą swoje śmieci pod jego pień lub bezmyślnie oberwą gałąź. I czuję się wtedy najbliżej Boga i Natury. I jest to najradośniejsza modlitwa na jaką mnie stać. Nazywam ją Modlitwą o Nic Konkretnego. I jest moja tak bardzo, że nikt nie jest w stanie jej ze mnie wyrwać nawet największą siłą.

Czasami myślę, że przychodzimy na ten świat niczym na pole bitwy. A tej bitwie nieodłącznie towarzyszy chaos. Nie mamy wpływu no to co dzieje się na zewnątrz nas i jak traktuje nas świat. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego, że warto odłożyć broń. Mamy przecież do dyspozycji całe swoje wnętrze. Własne wzniosłe myśli i uczucia, które mogą nam towarzyszyć w nawet najbardziej przykrej sytuacji. Tego nikt nam nie zabierze i tutaj zawsze będziemy rządzić sami, wedle własnego uznania. Zapominamy jednak rządzić mądrze i wciąż popadamy w wewnętrzne konflikty, które sprawiają, że nasze własne światy wciąż drżą w posadach, kiedy uzależniamy swój nastrój od innych osób. Skupiając się jedynie na problemach, łatwo przeoczymy największy dar, jaki kiedykolwiek otrzymaliśmy: życie samo w sobie. I jeśli to życie z perspektywy absolutu nie ma większego sensu, to warto przeżyć je z uśmiechem na twarzy. Nawet jeśli jedynie na przekór innym i losowi, a czasem i sobie samym. Dlatego, że ten wybór zawsze należy jedynie do nas. W dokładnie każdej sytuacji. Szczególnie kiedy wszystko zdaje się dziać poza nami i przeciwko nam.

Ja tymczasem widzę, że w mojej stajni Augiasza jest na tyle porządnie, że już nadszedł ten moment abym i ja poszedł się umyć i wziął długi prysznic. Pewnie nie zawita już tu Jednorożec, ale kiedyś, za jakiś czas, będzie tędy przechodził Garbaty Osiołek. Kupię wtedy marchewkę i będziemy ją przegryzać patrząc nocą w gwiazdy, tak żeby cały wszechświat nie rozleciał się w drobny mak. I będzie fajnie. Nie dlatego, że teraz nie jest. Wręcz przeciwnie. Bo już jest bardzo dobrze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Do gazu.

Koniec nieskończoności