Posty

Koniec nieskończoności

Obraz
Pojęcie nieskończoności przyprawia nas, ludzi, o ból głowy. Wyobraźmy sobie na przykład paradoks opisany przez Davida Hilberta, który w obrazowy sposób pokazuje ludzką trudność w odnalezieniu się w działaniach matematycznych z nieskończonymi zbiorami liczb. Hilbert zaprosił nas do hotelu, w którym jest nieskończona ilość pokoi. Okazuje się jednak, że dokładnie wszystkie są zajęte i nie ma dla nas miejsca. To jednak nie stanowi większego kłopotu dla zaradnego portiera, który postanowił rozwiązać  problem, przekwaterowując każdego z gości do pokoju o wyższym numerze o jeden. Tak więc gościa hotelowego z jedynki przekwaterował do dwójki, tego z dwójki do trójki, a z trójki do czwórki, i tak w nieskończoność. W końcu mamy nieskończoną liczbę pokoi i nie powinno być z tym problemu. Tym samym zwolniony został pokój numer 1, do którego możemy się teraz wprowadzić. Liczba gości wynosi obecnie 1 (czyli my) + nieskończoność, choć pokoi będzie przecież nadal tyle samo. A więc nieskończoność. Czy

Jednorożec

Obraz
Jakiś czas temu przyszła do mnie taka oto historia: Było dwóch bliźniaków, małych chłopców. Pesymista i optymista. Pewien psycholog, korzystając z okazji, wziął obu na testy. Pesymistę zamknął w pokoju pełnym zabawek, a optymistę w oborze pełnej końskiego łajna i dał szypę. Po godzinie sprawdził, że pesymista płacze, bez względu na okoliczności. Optymista w tym czasie zaczął  przerzucać z radością końskie odchody. Psycholog zapytał się o powód jego dobrego humoru. A ten odparł: „Skoro jest tu tyle łajna, to musi przecież gdzieś być i kucyk!” Doszło do mnie w ostatnim czasie, że i ja przerzucałem w swojej oborze z radością końskie łajno. Robiłem to tak długo, że zapomniałem już w ogóle o kucyku. Sprzątałem bez opamiętania i znalazłem w tym wartość samą w sobie. Byłem więc zaskoczony, kiedy pewnego dnia przyszedł do mnie nie kucyk, ale prawdziwy Jednorożec. Majestatyczny i dostojny, a jego piękno i wdzięk zaparły mi dech w piersi. W myślach wyobraziłem sobie wszystkie nasze w

Do gazu.

Obraz
Prowadzę fundację integracji społecznej. Zajmuję się między innymi aktywizacją osób niepełnosprawnych fizycznie i intelektualnie, osób starszych, samotnych, osób bezrobotnych, bezdomnych, z uzależnieniami behawioralnymi i od środków psychoaktywnych, osób odbywających karę pozbawienia wolności, mniejszości ze względu na orientację seksualną, mniejszości etniczne, wykluczonych i zagrożonych wykluczeniem społecznym i innych. Tak to wygląda na papierze, bo tak wskazuje statut, a ja staram się choć w małym stopniu wypełniać jego cele, działając w pojedynkę, wedle własnych możliwości. Tego popołudnia siedzieliśmy późnym popołudniem u mnie w siedzibie fundacji na wolontariacie. Ja i kilku bezdomnych mężczyzn. Naprawdę wartościowi ludzie, ze sporym bagażem doświadczeń, jakże charakterystycznym dla tej klasy społecznej. Mimo to z ogromną chęcią, na przekór własnym problemom, wykonywali bezpłatną pracę na rzecz innych ludzi. I to ludzi dla nich nieznajomych. Kiedy skończyliśmy, pozostało nam

Relacja.

Obraz
Wszystko zostało już napisane i powiedziane. Aż czasem nie chce się człowiekowi pisać lub otwierać ust. Z jednym można się zgadzać, inne twierdzenia odrzucać. Jedno jest pewne. Relacja z drugim człowiekiem jest niczym ten artykuł. Ma swój początek, rozwinięcie, i na pewno nastąpi także koniec. W taki lub inny sposób koniec następuje zawsze. Nie będzie z mojej strony niczym odkrywczym, kiedy napiszę, że budujemy relacje nie zawsze zdając sobie sprawę, że uczucia którymi obdarzamy innych ludzi, są w dużej mierze składową tego, co czujemy wobec samych siebie. Nasze fantazje na temat innych, nasze wyobrażenia odnośnie tego, czego mogą oni potrzebować, chcieć dla siebie, także od nas, są rezultatem naszych własnych przeżyć, naszej historii osobistej. Bardzo duży kawał życia zajęło mi zaprzestanie projektowania swoich wyobrażeń na temat innych ludzi, przez swój własny filtr składający się z moich odczuć i różnorakich naleciałości. Dojście do konstruktywnych konkluzji, oznacza jednak dużo ni

Piotr.

Obraz
Pracuję z osobami niepełnosprawnymi. Wydawać by się mogło, że jest to bardzo smutna i niewdzięczna praca, przyprawiająca o depresję i ból głowy. Być może masz takie pojęcie o osobach niepełnosprawnych jak ja kilka lat wstecz. Kiedy na Polsacie leci reklama ze smutną melodią na pianinku i pokazują niepełnosprawną dziewczynkę, która nie dość, że jest intelektualnie opóźniona, to jeszcze potrzebuję Twojej kasy na drogą rehabilitację kończyn. To wszystko tak bardzo wprowadza Cię w kiepski nastrój, że albo wysyłasz jej swój jeden procent, albo ewentualnie tylko cieszysz się, że nic Ci nie dolega i obojętniejesz. W rzeczywistości świat osób niepełnosprawnych przedstawia się całkiem inaczej. Nie mówię, że jest lekko, bo nie jest. Tak, to świat smutnych i wymęczonych rodziców, których nie zobaczysz na czarnym marszu. Bo raczej nie będą mieli czasu zaprzątać sobie głowy tym kto i jak ma ochotę usunąć swoje dziecko. Dbają o te, które już mają. Zawsze i mimo wszystko. Są zajęci byciem herosami

Tinder.

Obraz
Kiedy myślę o samotności i odosobnieniu mam na myśli ogromny aspekt mojego życia i pewną stałą, która mi towarzyszy i przeszyła na wskroś, niczym starokawalerskie zwyczaje siedemdziesięciolatka, który już tak bardzo nawykł swoimi utrwalonymi dziwactwami, że mieszkanie z drugą osobą wydaje mu się pomysłem wprost niedorzecznym i niemożliwym. A może jest tak, że już zapomniałem to co znaczy? Po której stronie łóżka powinienem leżeć, a po której Ty? O której chodzimy spać, co lubimy zjeść na obiad i jakiej muzyki słuchamy wspólnie? Jakich znajomych omijamy szerokim łukiem, a kogo warto zaprosić na popołudniowy obiad? Jakie są nasze małe zwyczaje, bo jesteśmy parą? W końcu to My kontra świat! A kiedy już My kontra My, to już to prędzej zamieciemy ten cały bałagan pod dywan, niż będziemy się nawzajem oczerniali przed przyjaciółmi. Bo tak się po prostu nie robi, a My mamy swoje zasady. Tak to chyba było, ale przecież nie mogę mieć pewności. Ponieważ dawno zapomniałem, nie przywykłem. Miesz

Modlić się, to zaakceptować porażkę.

Obraz
Popularny amerykański poeta Stefan Burnett, w swym znanym tekście „Beware”, proklamuje siebie na „bestię, którą wyznaje”, dodając za chwilę jeden z najbardziej cytowanych fragmentów: „modlić się, to zaakceptować porażkę”. Zdanie to z pewnością niesie ogromny potencjał. Czy ateistyczny? Zdecydowanie w pokrętny sposób niesie za sobą ideę Boga-człowieka, która przecież została poruszona nawet w duchu chrześcijańskim, podczas Soboru w Chalcedonie już w 451 roku. Ustanowiono wtedy Jezusa jako jednostkę doskonałą, zarówno w sensie boskim, jak i człowieczym. Burnett daje to prawo doskonałości jednak odważnie - każdemu człowiekowi. A że „Beware” jest tekstem oddanym publice, jak każdy wytwór artystyczny przekazany w ręce ludu, ma prawo być dowolnie interpretowany, czy nawet oddany egzegezie własnej. Jest to niepisane prawo nas, a więc odbiorców. I również ja to czynię. Kiedy dochodzę kolejny raz w życiu do muru, o którym jestem przekonany, że nie jestem w stanie pokonać sam. Wykonuję wted