Koniec nieskończoności

Pojęcie nieskończoności przyprawia nas, ludzi, o ból głowy. Wyobraźmy sobie na przykład paradoks opisany przez Davida Hilberta, który w obrazowy sposób pokazuje ludzką trudność w odnalezieniu się w działaniach matematycznych z nieskończonymi zbiorami liczb. Hilbert zaprosił nas do hotelu, w którym jest nieskończona ilość pokoi. Okazuje się jednak, że dokładnie wszystkie są zajęte i nie ma dla nas miejsca. To jednak nie stanowi większego kłopotu dla zaradnego portiera, który postanowił rozwiązać  problem, przekwaterowując każdego z gości do pokoju o wyższym numerze o jeden. Tak więc gościa hotelowego z jedynki przekwaterował do dwójki, tego z dwójki do trójki, a z trójki do czwórki, i tak w nieskończoność. W końcu mamy nieskończoną liczbę pokoi i nie powinno być z tym problemu. Tym samym zwolniony został pokój numer 1, do którego możemy się teraz wprowadzić. Liczba gości wynosi obecnie 1 (czyli my) + nieskończoność, choć pokoi będzie przecież nadal tyle samo. A więc nieskończoność. Czy boli was już głowa? Mam nadzieję, że tak. 

Zdawałoby się, że to początek nieskończoności.
Zdjęcie wykonałem w Słowińskim Parku Narodowym 7 lutego, miesiąc przed pierwszym przypadkiem COVID w Polsce.

Nieskończoność jest dla nas niepojęta, choć przecież z natury jesteśmy w jakiś sposób, w naszej świadomości, istotami wiecznymi i nieskończonymi. Nie pamiętamy swojego początku, a więc narodzin, a śmierć i kres, wydają się nam na mapie zdarzeń życia „jeszcze” nieosiągalne. Trwamy zawieszeni w danym nam momencie życia, niby zawieszeni w nieskończoności istnienia. Łatwo jest się w takim poczuciu zagubić i przyjąć, że cała nasza rzeczywistość jest nam dana na zawsze. Że zdążymy ze wszystkim. Z lekcją gry na gitarze, co to się nigdy nie odbyła, że jeszcze wdrapiemy się na Rysy, że zbudujemy w ogródku w końcu szopkę do majsterkowania, która marzy się od zawsze. Życie płynie, ale czasu mamy przecież na pudy, więc to nic, że akurat teraz nie chce nam się dokładnie nic ponad to, aby iść do pracy i z niej wrócić, zjeść obiad i w końcu położyć się spać. Jeszcze wszystko się wydarzy. Jeśli życie jest obecnie nie takie jakie sobie wymarzyliśmy, to przecież los się jeszcze odmieni. Jeszcze stworzymy wymarzony związek, jeszcze dzieci zdążą nam powiedzieć jakimi byliśmy fajnymi rodzicami. Jeszcze nie dziś. Ale przecież, za rok, za dwa. Za dekadę na pewno będziemy już tam gdzie trzeba. I będziemy szczęśliwi. Przez ten czas uda nam się zdobyć wszystkie rzeczy i poznać wszystkich ludzi, którzy nam to umożliwią.

Ale pandemia.

Jest przecież za rogiem. U sąsiadów spod czwórki. I w szpitalu trzy przecznice dalej. W odległości dwóch metrów w sklepie, obok faceta, co nie nałożył maseczki na nos, a tylko na usta. Zaledwie jeden krok od końca. I być może, bo przecież jest jakieś prawdopodobieństwo, umrzemy. Już wkrótce. Za tydzień, lub trzy. Może umrzemy na jesieni, przy drugim szczycie zachorowań. I jeśli tak ma być, może nie zdążymy z nauką akordu E, nie mówiąc już o F i D. Z ciężką niewydolnością płuc, nie dojdziemy już nawet do kiosku w Zakopanem, aby kupić pocztówkę z Rysami. Już nie zdążymy pokazać naszym dzieciom, jak bardzo je kochaliśmy, bo byliśmy zbyt zmęczeni tym, aby iść do pracy i z niej wrócić, a potem zjeść obiad i iść spać. Nie poznamy już miłości naszego życia, nie zakochamy się w niej od pierwszego wejrzenia. Bo nas za tydzień już nie będzie. A najdalej we wrześniu. Poza tym jak żyć pełnią życia, kiedy jesteśmy zamknięci w domu, w mieszkaniu, w pokoju, w bloku? Dyndając nogami z okna, siedząc na parapecie i patrząc w przepaść chodnika.

W izolacji.

Jej początek nie musi być wcale nieprzyjemny. Pierwszy dzień przecież nie jest zły. Jesteśmy my. I tylko my. Pierwszy raz od dawna możemy naprawdę odpocząć. Jednak jeśli pierwszy dzień izolacji jest w zasadzie dobry, to tylko pewna ilość czasu dzieli nas od paniki i poczucia beznadziei. Jeśli samotność nam nie służy, nie wmawiajmy sobie, że coś jest z nami nie tak. Że być może mamy słabą psychikę, albo, że inni radzą sobie z nią zdecydowanie lepiej. Nasz organizm reaguje na nią dokładnie tak, jak został ewolucyjnie zaprogramowany. Na początku historii ludzkiego gatunku, przetrwaliśmy dzięki budowaniu społeczności plemiennych. Poczucie osamotnienia wiązało się przede wszystkim z realną sytuacją zagrożenia. W obliczu ataku przez drapieżnika, nasze szanse na przetrwanie drastycznie spadały, kiedy byliśmy skazani jedynie na siebie.  Wówczas nasz organizm wytwarzał kortyzol, zwany także hormonem stresu. Pozwalał ciału na utrzymanie się w stanie gotowości w sytuacji potencjalnego niebezpieczeństwa. I choć dziś prawdopodobieństwo podobnego ataku w nowoczesnym społeczeństwie spadło do zera, w spadku po naszych przodkach reagujemy nadal tak samo, jak reagowaliśmy wtedy, kiedy było to jeszcze w dużej mierze przydatne. Nadmierne wytwarzanie kortyzolu jest wyjątkowa szkodliwe i prowadzi do przewlekłych stanów zapalnych organizmu, znacznie skracając długość życia.

A więc jak długo możemy być sami? Jak długo wytrzymamy bez innych ludzi odciągających nasze myśli, od nas samych? Obojętnie jak dużo wysiłku włożymy w walkę, aby przetrwać sytuację izolacji społecznej i końca życia jakiego do tej pory znaliśmy, niezależnie od nakładów energii, możemy walczyć ze swoimi myślami ile chcemy. I tak zawsze dojdziemy do tej samej i jedynej konkluzji: świadomości, że my, a więc nasza świadomość, zawsze będziemy obecni, i nie ma przed tym innej ucieczki jak koniec życia. Że nieskończony wszechświat zawsze będzie zamknięty jedynie w przestrzeni czaszki, która mieści naszą jaźń. Obojętnie czy stoimy w sercu ogromnego tłumu, czy też zamknięci w czterech ścianach domu podczas pandemii.

Smutny Gdańsk szykujący się na najgorsze i mój ostatni wyjazd w tym roku.
Zdjęcie wykonałem cztery dni po pierwszym przypadku zakażenia, 8 marca.

Dobrze jest więc z czasem beznadzieję samotności przyjąć do życia i zaakceptować. Nawet ewolucyjnie wypaczone reakcje chemiczne naszych organizmów, nie stoją na przeszkodzie, aby wypracować w swojej psychice powolnie nowe mechanizmy zachowań. Ostatecznie nie zostaje nam nic innego, jak zawiesić na haku rękawice bokserskie i poddać się samym sobie. Żyjemy w końcu w świecie składającym są z relatywnych wartości i jedynie od beznadziei trafimy do poczucia komfortu i bezpieczeństwa, nawet jeśli tylko w swoim własnym towarzystwie. Warto więc samotności przyjrzeć się na spokojnie i dotknąć tak, jak dziecko dotyka pierwszy raz rozgrzanej szyby piekarnika, mimo ostrzeżeń rodziców. Będzie bardzo bolało i długo będziemy musieli trzymać dłoń w zimnej wodzie. Tak, czeka nas wyścig niewygodnych myśli, może, wydającą się być wieczną, prokrastynacja działań. A w końcu i szaleństwo lub jego namiastka. Jednak pewnego dnia obudzimy się i to co mieliśmy za obce, będzie zdawało się normalne i do przyjęcia. I najzwyczajniej podamy rękę, sami sobie.

Samotność jest składnikiem każdego życia. Zawsze w jakimś stopniu nas dosięgnie. Ale jej pewien bardzo głęboki wymiar, stwarzający absolutną konfrontację ze sobą, wydaję się być składnikiem dobrego, pełnego życia. A trzeba całego życia, by dokładnie stwierdzić kim się tak naprawdę było i co to wszystko, co nas spotkało, naprawdę dla nas znaczyło. A pełne życie ma swój początek, ale i koniec. Bez końca nie miałoby żadnego smaku. Może więc znajdziemy na nie w końcu czas? Teraz. Bo nieskończoność może na wszystko nie wystarczyć. A zabójczy wpływ samotności na organizm? W rezultacie, dla nas jako gatunku, może być jednak czynnikiem ratującym nas przed kompletną izolacją. W efekcie, ratowanie własnego zdrowia, może nas pchnąć w kierunku innych ludzi i nawiązywania z nimi relacji w ich prawdziwym, fizycznym wymiarze. Spoza domowych biur do zdalnej pracy i cukierkowatej iluzji przyjaźni z mediów społecznościowych. Kiedy będzie to już możliwe.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jednorożec

Do gazu.