Modlić się, to zaakceptować porażkę.

Popularny amerykański poeta Stefan Burnett, w swym znanym tekście „Beware”, proklamuje siebie na „bestię, którą wyznaje”, dodając za chwilę jeden z najbardziej cytowanych fragmentów: „modlić się, to zaakceptować porażkę”. Zdanie to z pewnością niesie ogromny potencjał. Czy ateistyczny? Zdecydowanie w pokrętny sposób niesie za sobą ideę Boga-człowieka, która przecież została poruszona nawet w duchu chrześcijańskim, podczas Soboru w Chalcedonie już w 451 roku. Ustanowiono wtedy Jezusa jako jednostkę doskonałą, zarówno w sensie boskim, jak i człowieczym. Burnett daje to prawo doskonałości jednak odważnie - każdemu człowiekowi. A że „Beware” jest tekstem oddanym publice, jak każdy wytwór artystyczny przekazany w ręce ludu, ma prawo być dowolnie interpretowany, czy nawet oddany egzegezie własnej. Jest to niepisane prawo nas, a więc odbiorców. I również ja to czynię. Kiedy dochodzę kolejny raz w życiu do muru, o którym jestem przekonany, że nie jestem w stanie pokonać sam. Wykonuję wtedy swoje własne rytuały, które podnoszą mnie na duchu, dodają otuchy, sprawiają, że nie czuję się sam w obliczu klęski. Kiedy wyznaję, że poniosłem porażkę i proszę o pomoc, myślę o dwunastu krokach Anonimowych Alkoholików, które przeredaguję w jedną tezę: „Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni i podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumiemy.”. To ostatnie stwierdzenie daje nam dużą dowolność, której często brakuje w głównych nurtach religijnych. Mój Bóg jest mieszanką Kriszny, Buddy, Jezusa, kultu maryjnego i wypełniającej wszystko niezbadanej siły z Gwiezdnych Wojen, a tak bliskiej ruchowi hippisów, czekających na nadejście ery Wodnika. Jednak zdroworozsądkowo czasem sam kwestionuję wszystko i staję się agnostykiem, który wszak nie wyklucza, ani nie zaprzecza niczemu, czego nie można udowodnić. W dzieciństwie doszedłem do tego, że wszystko co mnie otacza może być jedynie moim snem, a jako dorosły, że dwuwymiarową strukturą informacyjną, hologramem rzeczywistości, „namalowanym” na horyzoncie wydarzeń wszechświata - czarnej dziury, w której być może się znajdujemy. Moja nieudolność i życiowa nieporadność sprawia, że zawsze wracam jednak na łono wiary i kajam się. Proszę o wzmocnienie na tej jakże ciężkiej drodze życia. Być może to placebo, a być może piekło zamarza na tę chwilę żarliwej modlitwy lodem i wszyscy święci stają za mną murem, tak abym mógł rozwalić swój własny mur. Wszystko jest możliwe. W związku z urodzajem idei, które są mi bliskie, jestem daleki od narzucania komukolwiek swojej wizji świata, która przecież będzie się modyfikować aż do mojej śmierci. Kieruję się prostym „Nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe”, bo jedną z najgorszych ludzkich przywar jest narzucanie innym swojej woli i myśli. To w co wierzysz, to twoja religia. Jeśli Ci służy, to dobrze, o to przecież chodzi. Niewykluczone jednak, że komuś innemu służyć nie będzie. Prawdziwa dojrzałość przychodzi wraz ze stwierdzeniem Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem”. A ja nie wiem nic na pewno, prócz tego, że nikt nie ma monopolu na prawdę.


W tym roku dotarłem do ergregoru polskiej myśli katolickiej - na Jasną Górę. Spełniłem w ten sposób przepowiednie ze snu, w którym właśnie tam przebywałem. Mury Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej kipią historią, artystycznym kunsztem epok i przeładowane są energią porażki oznaczającej kontemplacyjną modlitwę. Ale nie tylko tym. Pełne są turystów. W całym przekroju wiekowym. I między jedną, a drugą modlitwą o swoje własne uzdrowienie, oglądałem ludzi i analizowałem ich zachowanie. W Sanktuarium można przejść na kolanach dookoła cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Dla mnie jest to idealna możliwość, żeby choć w tak symboliczny sposób ukarać się za wszystkie grzechy i namacalnie poczuć ich odpuszczenie. Stanąłem więc w kolejce wiernych, również mających ochotę spełnić ten rytuał zapoczątkowany jeszcze w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku przez Karola Wojtyłę, kiedy ten był arcybiskupem, a obrazu pilnowała sama Milicja. Po kolei klękaliśmy i odbywaliśmy prywatną drogę na Golgotę. Ludzie na kolanach wydobywali z kieszeni telefony komórkowe i robili zdjęcia. Z tej pozycji można być najbliżej cudownego obrazu i uwiecznić go, mimo tego, że jego wizerunek jest powszechnie dostępny w tak wielu opracowaniach i całych zasobach internetu. W pierwszym odruchu miałem chęć zdzielić starszego mężczyznę ze smartfonem w ręku, który klęczał przede mną, otwartą dłonią przez głowę. Tak jak to kiedyś zrobił wobec mnie mój ojciec, kiedy przysnąłem na mszy. Nie zrobiłem tego. Pomyślałem sobie, że nie jestem w pozycji, aby innych oceniać, lub też co gorsza, kazać się im zachowywać według moich standardów wiary. Następnie spędziłem kilka dni w sanktuarium ciszy w Rytwianach, który przez wieki był siedzibą Kamedułów, wyznających ideę Salus per Silentium, a więc ozdrowienia przez ciszę. Kameduli znajdowali swą drogę do zbawienia w samotności. A samotność wymaga niesamowitej dojrzałości, która jest tak trudno osiągalna w naszych czasach mediów społecznościowych. Jako rezydent monasteru, oglądałem kolejne grupy turystów, często gorliwych katolików emerytów, zwiedzających przepiękny kościół z XVII wieku. Nawa główna - zdjęcie, nawa boczna - zdjęcie, ołtarz - zdjęcie. Potem wychodzili, w poczuciu spełnionego obowiązku, czymkolwiek by on był. Rewolucja technologiczna dotknęła całkiem niespodziewanie dla mnie również osoby starsze. W niesamowity sposób podkręciła ich obroty i dokonała tego, o czym myślałem, że stanowi jedynie o pokoleniach młodszych. Ciągły pościg wydarzeń, ciągła dokumentacja życia i ciągły brak czasu, by do owej dokumentacji zdarzeń wracać, tak jak kiedyś zdarzało nam się wracać do albumów z fotografiami rodzinnymi. To ciągła potrzeba dzielenia się fragmentami swojego życia z innymi, szukając ich akceptacji i na tym budując swoją tożsamość i siłę, która zastąpiła nam wiarę w to co jest nadprzyrodzone.



Popularne, co wynika z ich niezbędności w społeczeństwie, zaczynają być programy terapeutyczne dla osób uzależnionych od nowoczesnych technologii. Zarówno od samych urządzeń, jak i mediów społecznościowych. Sprawa jest prostsza w przypadku pokoleń obecnego wieku średniego lub starszych. Terapeuta odwołuje się do ich życia sprzed komórki. Buszuje po umyśle osoby uzależnionej i wyszukuje ten moment kiedy jako dziecko budował szałas w pobliskim lesie z innymi dzieciakami lub wykonywał połączenie telefonem stacjonarnym, mając nadzieję uchwycić w domu znajomego, z którym potem udałby się na rowerach nad jezioro. Ludzie przypominają sobie, że była niesamowita frajda w tych prostych czynnościach. Gorzej jest z młodymi. Oni takich wspomnień nie mają. Terapeuta musi dać im narzędzia, by umieli zarządzać stopniowo dłuższymi momentami bez produktów Samsunga, Apple’a czy innych. Odwyk jest jednak wykonalny, choć wielce trudny i stanowi walkę o swoją nową i własną tożsamość, i pogodzenie się z tym, że wyłączenie z Facebooka może oznaczać zostanie towarzyskim banitą. I najważniejsze. Czy świat się przez iPhone’a kończy? To stwierdzenia moglibyśmy odłożyć już dawno do lamusa. Przez wieki dla wielu świat zawsze się kończył, kiedy się zmieniał. Zmiany są niewiadomą. Inni walczyli by je siłą narzucać, tworząc coraz to nowsze ustroje totalitarne, depcząc to co było. Nie jestem jednak zwolennikiem rewolucji. Wyznaję spokojną ewolucję. To jak funkcjonujemy obecnie, zachłyśnięci potęgą mikroprocesorów, jest jedynie wycinkiem naszej nowej historii technologicznej, która będzie zmierzać dalej, mniej lub bardziej spokojnie w jakimś kierunku, który pozwoli nam na „uczciwe” pogodzenie świata rzeczywistego i świata binarnego. Ta historia dzieje się na naszych oczach i warto ją śledzić z otwartym umysłem, starając się aby samemu nie wpaść w sidła uzależnienia, ale także, aby nie negować wszystkiego co oferuje nam świat. Historycy będą kiedyś oceniać ten moment w dziejach, w którym jesteśmy, a który zapoczątkował Steve Jobs prezentując pierwszego iPoda z ekranem dotykowym. I opinii będą dziesiątki, jeśli nie setki. Ja sam, jako osoba, której zdarza się być gorliwie wierzącą, dostrzegam koniec Kościoła jakiego znamy. I nie patrzę nigdy z przestrachem w przyszłość, nie oceniam tego w kategoriach dobra czy zła. To naturalna zmiana na sinusoidzie naszych ludzkich dziejów. Bliska jest mi scena z filmu „Truposz” Jima Jarmurscha, kiedy to Indianin Nobody, po przekleństwach rzuconych na niego przez misjonarza z obwoźnego sklepu („Chryste oświeć ziemię swym światłem, wypleń pogan i Filistynów”), stwierdza spokojnie: „Twoja wizja Chrystusa, jest sprzeczna z moją”. I mimo tych wielorakich wizji świata, potencjalnych zagrożeń, ciągłych zmian, myślę, że jakoś się dogadamy. I ze sobą, i z mikroprocesorem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jednorożec

Do gazu.

Koniec nieskończoności